sobota, 8 lutego 2014

Rozdział 1

"Domingo"

Ten poranek Elaine spędziła na stadninie koni. Wstając o czwartej nad ranem, szybko ubrała pierwsze lepsze ciuchy i z hukiem wybiegła z domu, by tuż po kilku minutach znaleźć się na stadninie. Było tu wiele koni, ale każdego Elaine znała i kochała. Najbardziej jednak przepadała za Domingo. Był to koń maści kasztanowej, który był równie wybuchowy, co jego właścicielka, czyli Elaine. Rzadko kiedy ktoś go ujeżdżał. Właściwie, to zdaniem państwa Franklin był na tyle nieprzewidywalny, iż jedynie jeździła na nim brunetka. Inne konie były spokojne, piękne i oryginalne, Elaine bardzo je lubiła. Jednak najbardziej kochała Domingo. Dlaczego? Bo był po prostu inny i równie dziki, co ona. Dziewczyna długo starała się go oswoić. I chociaż się jej udało, wciąż miała wrażenie, że nie do końca. Wciąż czuła, jakby Domingo był niewolnikiem dziczy i nie potrafił się przyzwyczaić do zamknięcia, do stadniny. Chociaż na widok Elaine reagował entuzjastycznie, jakby się cieszył, że to właśnie ona go oswoiła. Być może dlatego, iż w pewnym sensie byli do siebie podobni? Dziewczyna również była wybuchowa i nieprzewidywalna. Również... dzika. 
O tej porze rzadko kto przyjeżdżał na stadninę. Przeważnie po godzinie jedenastej w wakacje, a że one trwały, Elaine starała się nacieszyć obecnością swoich pupilów. Nie sądziła, iż ktokolwiek, nawet mama czy tata, odwiedzi stadninę. Dlatego mocno się zdziwiła, gdy kierując się w stronę wyjścia, ujrzała nieznajomego sobie mężczyznę. W pierwszej chwili przestraszyła się. W końcu Haven Hill było malutkim miasteczkiem i każdy tu siebie znał. I nawet ona, samotna Elaine, znała imiona i nazwiska wszystkich mieszkańców. Go jednak nie znała. Jednakże, dopiero po chwili doszedł do niej fakt, że na stadninę przyjeżdżają również mieszkańcy pobliskich miasteczek i miast. Ale o tej porze?
— Dzień dobry... — przywitała się niepewnie, otwierając furtkę i uważnie patrząc się na wysokiego szatyna — Mogę w czymś pomóc? — zapytała grzecznie z pokerowym wyrazem twarzy. Bycie miłym naprawdę jej nie wychodziło. Wyglądało to na tyle sztucznie, iż ludzie mogli się przerazić. Dlatego postawiła na zwykłe grzeczne pytanie i zero emocji.
— Witam serdecznie — przywitał się i uśmiechnął na powitanie w stronę Elaine. Dziewczyna jednak uśmiechu nie odwzajemniła — Dowiedziałem się od kogoś o stadninie koni "U Franklinów". Widzę po tabliczce przymocowanej tu obok... — wskazał ręką na białą, drewnianą tablicę przywieszoną na płocie —... że dobrze trafiłem. Niestety, nie wiem kiedy dokładnie stadninę otwieracie, więc przyjechałem o tejże wczesnej porze. Chyba już przyjmujcie, bo zapewne pani jest pracownicą tego miejsca, prawda? — wbił wzrok w Elaine, na co dziewczyna zareagowała odchrząknięciem i nerwowo poprawiła sweter.
— Powiedzmy, że nią jestem... - odpowiedziała, a mężczyzna uniósł brew do góry - Moi rodzice prowadzą tę stadninę. Ja im po prostu... często tutaj pomagam... - dodała w formie wytłumaczenia, a szatyn przytaknął głową na znak, że rozumie.
— Rozumiem... Więc, jak będzie? Mogę teraz przejechać się na jakimś koniu? - zapytał, wciąż nie odrywając wzroku od brunetki. Elaine mruknęła niewyraźnie pod nosem, rozglądając się dookoła. Nie wiedziała, czy to dobry pomysł. Jej rodzice nie przyjmowali równo o szóstej trzydzieści.
— Właściwie, to... nie wiem czy to dobry pomysł. Nie mógłby pan poczekać z dwie godziny, aż moi rodzice przyjadą? Cierpliwość, to cenna cecha... - powiedziała i przejechała dłonią po szyi, nieco zakłopotana.
— Mógłbym... - uśmiechnął się do niej, a Elaine westchnęła z ulgą - Ale nie widzę żadnego problemu w tym, żeby to pani mnie wpuściła. Boi się pani reakcji rodziców? Myślę, że raczej nie mieliby pani tego za złe, prawda? - zapytał, tym samym doprowadzając Elaine do zirytowania.
— Nie chodzi o to, że się boję... Po prostu... - zacięła się, zauważając iskierki rozbawienia w orzechowych oczach szatyna - No dobrze. Niech pan wejdzie... - odsunęła się i wpuściła mężczyznę do środka, zamykając następnie furtkę.
— Zapewniam panią, iż w piekle pani nie wyląduje - uśmiechnął się szeroko, a Elaine prychnęła cicho pod nosem. Gdyby ją znał, uznałby, że zrobiła dobry uczynek.
— Chce pan od razu wsiąść na konia? Przejażdżka jest płatna, jakby co... - zapytała, od razu uświadamiając mu jasny fakt.
— Oczywiście, możemy od razu przejść do sedna sprawy. Ja pani od razu zapłacę dwa razy więcej za to, że wpuściła mnie pani wcześniej - odpowiedział, a Elaine w duchu mruknęła 'Bogaty bachor'. - I byłbym wniebowzięty, gdyby pozwoliła mi pani wybrać konia do przejażdżki! - dodał, a Elaine spojrzała na niego.
— Och, jak pan woli... - mruknęła, przyśpieszając kroku.
— Nazywam się Gilbert. Gilbert Shaw - przedstawił się, chociaż Elaine wcale to potrzebne nie było. Jednak jak wolał się przedstawić, to niech będzie i tak.
— Syn pani Shaw? - zapytała nagle, widząc przed oczami zgorzkniałą Harriet Shaw, panią mieszczańską.
— Tak. Jedyny syn - odpowiedział, a Elaine przytaknęła głową - A pani jak się nazywa? - zapytał z ciekawością w głosie.
— Elaine Franklin - przedstawiła się niewyraźnie i przystanęła, gdyż znaleźli się już przy stajni - No, niech pan Gilbert wybiera - mruknęła, wskazując rękoma na konie.
— Wystarczy Gilbert, panno Franklin - uśmiechnął się do niej urokliwie, a Elaine zaśmiała się ironicznie. Gilbert począł przyglądać się każdemu koniu, robiąc wolne kroki, gdy nagle zatrzymał się i uśmiechnął szeroko - On - oznajmił, a Elaine pobladła. Tylko nie Domingo!
— Proszę pana! To znaczy... Gilbercie, to słaby pomysł! Wszyscy, tylko nie on! Domingo jest strasznie nieprzewidywalny. Chociaż w pewnym sensie go już okiełznałam, myślę, że dla twojego bezpieczeństwa nie pozwolę ci wsiąść na niego - powiedziała spokojnie z nutką niepokoju w głosie. Gilbert uśmiechnął się zawadiacko, wsuwając dłonie w kieszenie spodni i wpatrując się uważnie w Elaine
— Droga Elaine... Długo nie jeździłem na koniach, więc wybór Dominga będzie dla mnie niczym powrót do życia - wytłumaczył z serdecznym uśmiechem na twarzy. Elaine jęknęła cicho pod nosem - Zaufaj mi.
— Ale... to ja będę miała przechlapane jak się coś stanie! - zawołała, a Gilbert roześmiał się cicho i pokręcił głowa
— Nie bój się. Nic mi się nie stanie - puścił do niej oczko. Po dłuższej chwili, Elaine nie pewnie weszła do boksu Dominga i zaczęła przygotowywać konia do jazdy. Przeczuwała, że stanie się coś złego i to na niej spocznie cała wina. Już sobie wyobrażała, jak Domingo zrzuca Gilberta z konia podczas galopu, tym samym powodując poważną kontuzję u szatyna. Już sobie wyobrażała zrozpaczoną panią Shaw i złość rodziców. Na sama myśl o tym, jęknęła cicho i wyprowadziła konia ze stajni. Chociaż z jednej strony, jej intuicje nie były często trafne. Na szczęście.
Gilbert powoli podszedł do konia, który o dziwo stał spokojnie i jak widać, nie miał zamiaru mężczyźnie zrobić krzywdy. Elaine jednak nieco zestresowana i przestraszona, trzymała się mocno drewnianej belki i patrzyła na wyczyny Gilberta. Szatyn delikatnie wyciągnął rękę przed siebie i powoli pogłaskał konia po łbie. Wciąż momentami głaszcząc go i dochodzącym tym samym do faktu, że Domingo jest całkiem spokojnym oraz najwidoczniej dobrze przez Elaine oswojonym koniem, powoli na niego wsiadł. Koń w pierwszym momencie zirytował się, jednak Gilbert mocno przywarł do niego nogami i pogłaskał. Elaine jeszcze bardziej zaniepokojona chciała coś powiedzieć, jednak jedynie jęknęła i modliła się w duchu, by nic się nie stało. Gilbert ruszył. Początkowo była to wolna jazda, jednak tuż po krótkim czasie szatyn przyśpieszył i pędził przed siebie na koniu jak szalony. Elaine położyła dłoń na ustach i otworzyła szeroko oczy. Sama nigdy nie odważyła się jeździć na nim nawet galopem!
— Czemu on tak pędzi? - mruknęła cicho pod nosem, wpatrując się jadącemu na Domingu Gilbercie.
Domingo okazał się całkiem spokojnym koniem. Mimo, iż na początku nie był zbyt zadowolony ani chętny do przejażdżki, z czasem diametralnie się to zmieniło - najwyraźniej uwielbiał jeździć. Jak Gilbert. Jednak w mniemaniu mężczyzny, Domingo był innym koniem niż pozostałe. W jego czarnych niczym węgiel oczach widać było ogniste iskierki, które jasno dawały do zrozumienia, że ten koń uwielbia szybkość i... wolność. Chociaż został przez właścicielkę oswojony, w pewnym sensie wciąż był nieokiełznany i nieprzewidywalny, taki zagubiony. Jak Gilbert. Już pierwszy raz, gdy zobaczył Dominga, szatyn zrozumiał, że coś ich łączyło. Polubił go. Zapewne częściej będzie odwiedzał stadninę. Zresztą, jazda konna od zawsze go uspokajała, pozwalała zapomnieć o problemach i błędach przeszłości, o tej przytłaczającej szarej rzeczywistości. Dodatkowo - jazda na takim koniu, jak Domingo, zdecydowanie pozwalała mu zapomnieć kompletnie o wszystkim. O zgorzkniałej matce, która wymagała od niego solidności i ambicji. O uczelni, która powoli zaczynała go denerwować. O znajomych, którzy ostatnio mocno się od niego oddalili. O niej, o Alannah, która mocno go zraniła. Zapominał o tym nudnym życiu, które w oczach innych było pełne ekscytacji. Było to jednak brednią - jego życie było monotonne i bezsensowne. Brak marzeń, konkretnych celów i nadziei odbierało wszelkie chęci do życia. Chwilami nawet pasja nie potrafiła temu zaradzić...
Po kilkunastu przedłużających się Elaine minutach, Gilbert wrócił, zsiadając z konia i ostatni raz głaszcząc zwierzę. Odwrócił się w stronę Elaine i uśmiechnął do niej szeroko, na co dziewczyna odetchnęła cicho z ulgą. Naprawdę myślała, że Domingo nagle coś odbije i stanie się coś nieprzyjemnego. Domingo jednak zachowywał się normalnie i to w trakcie jazdy z kimś, kto nie był Elaine. Z obcym.
— Umarłem? - zapytał, z ironicznym uśmiechem na twarzy.
— Jeszcze nie - odpowiedziała, pierwszy raz uśmiechając się, na co Gilbert uśmiechnął się jeszcze szerzej
— Sugerujesz, że przy kolejnej przejażdżce zakończę swój żywot? - zapytał z udawanym oburzeniem, a Elaine zaśmiała się miło dla ucha.
— Prędzej, czy później wszyscy pomrzemy. Ty najwyraźniej umrzesz na koniu - odpowiedziała, starając się brzmieć poważnie. Po chwili jednak uśmiechnęła się szeroko. Dochodząc do faktu, że jest to całkiem dziwne, nieco speszona opuściła głowę i pokręciła głową
— A to szkoda... - westchnął, kręcąc głową - Myślałem, że zdążę cię jeszcze lepiej poznać - dodał, odwracając wzrok i kręcąc głową. Słysząc te słowa, Elaine zamrugała kilka razy oczami i odchrząknęła, szybko zaprowadzając konia do stajni. Gilbert odprowadził ją wzrokiem i uśmiechnął się pod nosem. Elaine przypadła mu do gustu. Trudna już przy pierwszym spotkaniu, twarda, szczera. I ładna. Gilbert nie był z natury wrażliwym chłopakiem, który jąkał się na widok dziewczyn. Wręcz przeciwnie! Pomimo swojej wrodzonej elegancji i wyrafinowania, był podrywaczem. Nie raz już zdarzyło się, że jakaś panna, która bliżej go poznała, nazwała go draniem. Ale Gilbert uważał, że to dodawało mu uroku. Uroku, który przyciągnął do niego pewną blondynkę. Naturalnie, chodzi o Alannah. Była pierwszą kobietą, którą obdarzył miłością i chciał rzucić dla niej wszystko. Nawet miał zamiar jej się oświadczyć. I chociaż dla jednych mogło się to wydawać złą decyzją, bowiem Shaw miał dopiero dwadzieścia trzy lata, to on na prawdę był gotów to zrobić. A ona? Ona traktowała to jak zabawę, ciekawe przedsięwzięcie w życiu. W końcu okiełznała Gilberta Shaw'a. Na szczęście, szatyn w dobrym momencie rozgryzł dziewczynę i zakończył ten związek. Chociaż bolało, wiedział, że było to słuszne. Był jednak pewny, że po tym nie pokocha już nikogo. Lepiej być samemu, czyż nie?
— No to... Zapłata? - mruknęła cicho, nerwowo gładząc się po szyi. Gilbert wreszcie wrócił na ziemię i odchrząknął cicho, wyciągając portfel z kieszeni. Na szczęście, ten się nie zgubił i przetrwał jego przejażdżkę. Po tym, jak brunetka podała kwotę, mężczyzna zapłacił.

Gdy wyszedł z stadniny, odprowadzony przez Elaine, uznał, że zdecydowanie początek dnia był udany. Niezwykły koń, interesująca dziewczyna, czego chcieć więcej? Gilbert był już pewny jednego - pozna Elaine Franklin lepiej niż ktokolwiek inny.

* * *

Na początek się przywitam. Dzień dobry!
Rozdział zdecydowanie miał być dodany wcześniej i to o wiele wcześniej, gdyż trzy miesiące temu (nie oceniać, proszę...). Niestety, byłam na tyle zapracowana, że czasami moja wena nie chciała znów ożyć. Na szczęście, dużo odpoczynku uporządkowanie spraw, pozwoliło mi na dokończenie i dodanie pierwszego rozdziału. Miał być dłuższy, zdecydowanie lepszy. Choć nie jest strasznie, to nie jestem w pełni z niego zadowolona. Byłam już gotowa usunąć i napisać wszystko od nowa, lecz uznałam, iż opublikowanie tego, co jest będzie dobrym pomysłem. Poznajecie głównych bohaterów na stadninie koni, gdzie Gilbert pragnie wsiąść na konia, lecz Elaine nie jest do tego przekonana. Gdy jednak zgadza się wpuścić mężczyznę, dowiadujemy się, iż Gilbert jest pewnym siebie, dążącym do celu bogaczem, a Elaine spokojną, nieco zamkniętą w sobie dziewczyną. Tyle wystarczy, jak na rozdział pierwszy :) Bądźcie przygotowani na to, iż kolejne rozdziały będą pełne niespodzianek ;)
A teraz zachęcam do czytania, komentowania, obserwowania :)
Pozdrawiam, misiaczek.

P.S Przepraszam za wszelkie błędy w tekście. Starałam się poprawić je jak najlepiej, jednak mam z tym czasami problemy. Wciąż poszukuję kogoś do korekty, więc proszę o wyrozumiałość i cierpliwość.